~ The New Beginning... ~
 
IndeksIndeks    CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron

Go down 
AutorWiadomość
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Czw 17 Wrz 2015, 20:56

- A więc witam cię podróżniku, widzę że masz sprawę do Inkwizycji zgadza się? - Odrzekł młody mężczyzna wskazując ci miejsce - Nie jesteś stąd zgadza się? Dobrze a więc przejdźmy do rzeczy. Tutaj masz umowę z Inkwizycją, przeczytaj i wypełnij całkowicie a wówczas oddaj mi dokument. Cóż, miejmy nadzieję że jesteś godny.

Kod:

[b]Imię i Nazwisko:[/b]
[b]Wiek:[/b]
[b]Link do KP:[/b]
[b]Historia:[/b]
[b]Charakter:[/b]
[b]Cel:[/b]
[b]Ulubione Typy:[/b]
[b]Hejtowane Typy:[/b]
[b]Towarzysz:[/b]
[b]Przeciwnik:[/b]
[b]Zjawiska Paranormalne: [/b]Tak/nie
[b]Świat:[/b] Jeden z domyślnych czy coś od siebie?

DODATKOWE
[b]Prośby do MG:[/b]
[b]18+[/b] - Tak/nie
[b]Coś od siebie:[/b]


Ostatnio zmieniony przez Dante Aligieri dnia Nie 20 Wrz 2015, 20:27, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alzaria



Liczba postów : 21
Join date : 15/09/2015

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Czw 17 Wrz 2015, 21:31

Imię i Nazwisko: Alzaria Mist
Wiek: 20
Link do KP: http://pokewish.forumpl.net/t68-kp-alzaria#158
Charakter: Alzaria jest zazwyczaj spokojna i wyluzowana. Jednak łatwo to zepsuć. Jeśli tylko coś wyprowadzi ją z równowagi jest dość impulsywna. Czasami powie albo zrobi coś czego żałuje. Zawsze potem stara się to naprawić. Dla nowych osób jest nieufna z początku, ale kiedy dana osoba zdobędzie jej zaufanie jest pomocna i lojalna. Za drogie sobie osoby mogła by życie oddać.
Historia: Alzaria była zwykła nastolatką, która mieszkała w Empire City. Miała znajomych i dość dobrych rodziców. Nie miała wrogów i trzymała się zawsze swojej paczki. W wieku 18 dostała od rodziców swojego pierwszego pokemona i była to Absol. Dała jej na imię Luna. Jednak nie wyruszyła na wyprawę. Nadal rodzice się o nią bali. Naprawdę miała tego dosyć. Ta ich nadopiekuńczość. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu bardzo dobrze poznała Absol. Rozumieli się po tych dwóch latach bez słów. Pewnego dnia Alzaria znalazła pracę dorywczą bo chciała trochę zarobić, a poprzednią rzuciła bo źle płacili. Miała być kurierem. Jako iż nie miała prawa jazdy to został rower. Lubiła tą robotę. Nie trwało to jednak długo. Jednego dnia kiedy wiozła paczkę coś się stało i paczka wybuchła. Kiedy sie obudziła miasto było zniszczone, a ona lekko przypalona. W niektórych miejscach miała poparzenia drugiego stopnia. Helikopter zobaczył ją i mówił gdzie ma iść. Sprawdziła jednak najpierw czy Luna jest cała. Pokeball nie ucierpiał. Na szczęście. Dopiero po upewnieniu się mogła iść tam gdzie mówili. Jednak co jakiś czas trafiała na zerwane druty i kable elektroniczne. Nie zauważała ich i pierwszy z nich ją poraził, ale żyła. Nic się jej nie stało. To było dziwne. Jednak po tym biegła dalej. Po chwili oberwała też drugim i trzecim. Kiedy tylko udało jej się dostać w bezpieczne miejsce czuła jakby miała zaraz zwariować. Udało się jej tylko krzyknąć i paść na ziemię nieprzytomna. Luna została wypuszczona z pokeballa i cały czas czuła przy swojej trenerce. Jej przyjaciele i rodzina też przychodzili. Cos się w Alzarii budziło. Kiedy tylko się obudziła to obudziła się też moc. Moc błyskawic. Była chodzącym akumulatorem. najgorsze było to, ze nie umiała nad tym panować. Co więcej wyrosły jej kocie uszy. Nie była tym faktem zrozpaczona. Podobały się jej. Największym problemem były błyskawice. Wiedziała, że musi wyruszyć by nie narażać bliskich. Wróciła szybko ze szpitala do domu, spakowała się i ruszyła. Udało się jej tez jakoś opuścić miasto mimo iż nie było łatwo. I tak to się wszystko zaczęło.
Cel: Opanować moc, a potem zdobyć odznaki itd.
Ulubione Typy: Ogniste, wodne, duch, lód, mrok, smok
Hejtowane Typy: Trujace, walka, ziemny
Towarzysz: Moze podczas przygody się znajdzie :)
Przeciwnik: pw.
Zjawiska Paranormalne: Tak
Świat: improwizorka :D
DODATKOWE
Prośby do MG:Romansik Smile I żeby nie było gwałtów i nie rób z mojej postaci ofiary. Czasami niech sie wykaże.
18+ - Tak.
Coś od siebie: Mógłbyś też dawać postacie znające magię np. osoba znająca magię lodu lub wilkołaki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Czw 17 Wrz 2015, 21:52

Okej

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Aian



Liczba postów : 38
Join date : 15/09/2015

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Pią 18 Wrz 2015, 00:05

Imię i Nazwisko: Aian Sloan
Wiek: 19 l.
Link do KP: Proszę.
Historia:Był ciepły wiosenny dzień, a słońce wyjrzało właśnie zza chmur. Andy Sloan, postawny wysoki mężczyzna wyszedł właśnie przed dom nabierając głęboki łyk powietrza. Miał na sobie tylko krótkie spodenki, lecz nie musiał się przejmować tym za bardzo. Zaraz po nim przed dom wyszła Merry Sloan, kobieta młodsza od swojego męża ubrana w długi szlafrok i puszyste kapcie. W prawej ręce trzymała kubek kawy, którą popijała powoli kierując się w stronę męża. Stanęła na palcach by dosięgnąć ust ukochanego i lekko się uśmiechnęła.
-Wyspałeś się? -powiedziała lekko ziewając. Andy szybko zauważył, że jego żona jest nie wyspana więc nie czekając długo objął ją i schylił się w kierunku jej ucha.
-Przepraszam, że Cię obudziłem, nie mogę spać... Chyba nie zbudziłem Aiana? - powiedział skupiając się głównie na drugiej części zdania. Widać, że jego twarz przybrała lekko nerwową postać. Merry lekko się uśmiechnęła i nie denerwując dłużej męża odpowiedziała spokojnie.
-Nie, spokojnie wciąż śpi. - mówiąc to czuć było niepewność lecz ciężko wymagać, by o szóstej rano mózg myślał normalnie. Małżeństwo nie czekając długo weszło do domu. Oby dwoje martwili się o syna bardziej niż pokazywała to ich mimika czy zachowanie. Ich syn od urodzenia posiada zdolności, które nie należą do normalnych i może to trochę martwić. Chłopakowi ciężko się odnaleźć dręczy go bezsenność, lecz na szczęście im jest starszy tym jest lepiej.
***

Zegar wskazywał godzinę 16:34 kiedy cała rodzina wracała ze spaceru do okolicznego lasu. Tereny w których mieszkali były opuszczone, nikt tu nie mieszkał, dlatego też to świetne miejsce na wyciszenie oraz odpoczynek. Aian był zwolennikiem tych wypadów, gdyż bardzo lubił spotkanie z dzikimi pokemonami. Od pierwszego wypadu miał nadzieję, że kiedyś sam będzie mógł podjąć się treningu i łapania tych cudownych stworzeń.
- Aian skarbie jak się czujesz? -zapytała troskliwie Merry. Mimo, że chłopak miał 6 lata był inteligentnym dzieciakiem, ale od początku jego żywota jego ton bez uczuć, a nawet nieraz zawierał nutkę podirytowania czy złości. Aian nie był złym chłopakiem, ale życie go tak wychowało, że był jaki był i nie było u niego fragmentu słodkiego chłopca.
-Mówiłem, żebyś tak nie mówiła. Czuję się dobrze, a takie teksty to praw sobie do taty ty ...-przerwał nagle widząc minę ojca. Od małego nie przepadał, a wręcz nie lubił matki, lecz ojca cenił dlatego nie raz powstrzymywał się ze względu na niego. Ojca traktował bardziej jak kumpla, u niego w świecie nie było wyższych od niego, mogli być mu równi, lub słabsi, albo jak w wypadku jego matki nie zaliczający się. Aian po zajściu do domu ruszył szybko na górę do siebie do pokoju. Nie zbyt mu się podobało zachowanie jego matki, choć w gruncie rzeczy było poprawne. Jednak w jego świecie była nikim, albo nawet i gorzej...
***

Aian postanowił się położyć na chwilę, miał nadzieję, że jak wstanie będzie lepiej, lecz nic nie zapowiadało tego. Zbudził go gwałtowny krzyk z dołu, który wymusił w nim energiczną pobudkę i sprawdzenia tego co się dzieje. Na chwilę zamarł na widok odciętej głowy jego matki, której tak nie znosił, a mimowolnie po jego policzku popłynęła łza. Po chwili ktoś ciągnął na zewnątrz jego ojca, który był mocno pobity. Jeden z zamaskowanych napastników krzyknął do drugiego tak, że Aian odruchowo zamknął uszy.
-Gdzie on jest?! Chłopak dysponuje potężną mocą i musi być sługą naszego mistrza, jasne?! A teraz marsz na górę i przyprowadź go tu, ale ma mu nie spaść nawet włos z głowy. Wszystko jasne? To już!-powiedział zdenerwowany mężczyzna, który jeszcze niedawno ze złości krzyczał był pozbyć się złej energii, bo nie widzę innego powodu.
-Tak jest! Już się robi szefie. -odpowiedział drugi zamaskowany bandzior, w którego głosie czuć było strach, a nawet coś więcej.
Aian szybko pobiegł w kierunku okna. Jego pokój był tak zlokalizowany, że jeżeli wyśliźnie się przez okno może schować się w krzakach i być bezpiecznym. Bandyci są z drugiej strony, więc ominęło by go wszystko, lecz coś mu kazało zakraść się tam. Po wyskoczeniu z okna z odległości 70 centymetrów co i tak jak dla jego wieku było wysoko pobiegł do krzaków. Na czworaka przeszedł bliżej bandytów, którzy trzymali jego ojca.
-Nie ma go szefie! -powiedział zasapanym tonem zbir, który wybiegł z domu.
-Jak to?!-krzyknął przywódca bandy pięciu mężczyzn. Następnie skierował sie do Andy'ego, który widać było, że czuł strach. Mocno pobity, ledwo mógł cokolwiek powiedzieć, lecz teraz musiał odpowiedzieć na pytanie mężczyzny, by nie zostać jeszcze mocniej pobitym.
-Gdzie ten bachor? Wiesz jaką ma moc?! Za kilka lat może być potężny, a my musimy go mieć po swojej stronie. Gadaj bo zginiesz Sloan.-powiedział i tak dosyć spokojnie mężczyzna. W głowie Aiana zawirowało. Skąd on zna nazwisko jego ojca? To jego przyjaciel? Nie to nie możliwe-pomyślał chłopak przyglądając się sytuacji. Nie wiedział co odpowie jego ojciec, nie wiedział dlaczego jego matka zginęła i chciał się dowiedzieć. W jego głowie istniał pomysł zemsty, ale był dopiero dzieckiem, więc co on mógł zrobić?!
-Nie wiem, nie wiem..-odpowiedział z trudem Andy.
-Zabić go! I szukać chłopaka, nie za to płaci nam Pan Miram. Musimy go dorwać, jasne?!-krzyknął a cała reszta bandy odpowiedziała głośne "TAK!". Następnie jeden z bandytów wyciągnął broń i wycelował w skroń mężczyzny. Andy Sloan padł bezwładnie po czym dostał jeszcze jedną kulkę w serce.
***
Aian uciekał już bardzo długo, sam musiał zdobywać wszystko, by przeżyć mając na plecach trzech zbirów, lecz chłopak się tym nie przejmował. Jego moce bardzo mu pomogły, potrafił szybko przebyć jezioro, na noc schować się w wodzie, co na pewno chroniło go przed podejściem go z zaskoczenia. Lecz ile można uciekać? Trzeba się przeciwstawić, ale mimo, że chłopak miał już 17 lat ciężko było zrobić cokolwiek, skoro rywale byli uzbrojeni i bez litości potrafili zabijać. Dowiedział się przynajmniej czegoś o Panu Miramie. Był to bogaty człowiek, właściciel wielu laboratoriów i człowiek zamieszany w ciemne interesy. Włamanie do systemu FBI dało mu więcej informacji. Kiedyś udało mu się odnaleźć pierwszego człowieka z mocą, a był nim właśnie Andy Sloan. Niestety jego moc była skomplikowana i ciężka do użycia, bo mówiła, że po śmierci mężczyzny, jeżeli ktoś zabije Mirama on wróci na świat i dostanie drugą szansę. No niestety jak to zawsze jest jedno "ale" bo zabić go musi ktoś z rodziny Andy'ego a ostatnim jego krewnym był właśnie Aian. Aian obdarzony był w większe moce, ale ciężko będzie dojść do najbardziej strzeżonego domu i zabić jego mieszkańca, Pana Mirama. Później ustalił, że 5 zamaskowanych osób, to najbliżej będący Mirama ludzie, a zarazem jego ochroniarze. No cóż, ciężko będzie, ale najpierw trzeba się jakoś wytrenować i zwalczyć jego najlepszych ludzi, a to nie będzie proste.
***

Kolejny dzień życia Aiana, można powiedzieć kolejne bagno. Ciągle ścigany przez piątkę zabójców, pocieszeniem było tylko to, że każdy działał sam, by zbadać na raz większy obszar. Aian siedział przy jeziorze obserwując pływającego Magikarpia. Pokemon chciał rozśmieszyć chłopaka lecz bezskutecznie. Po chwili Pokemon zniknął, a za plecami Aiana pojawił się starszy mężczyzna z dwoma krótkimi nożami przymocowanymi do nóg, a dokładnie do ud.
-Nie wyczułeś mnie? To dziwne, ale nie obawiaj się nie zrobię Ci krzywdy-powiedział starzec w kierunku chłopaka, który lekko się uśmiechnął.
-Nie wiem kim jesteś, ale odczytałem z twoich myśli, że chcesz pomóc, dlatego nie było sensu uciekać. A więc czego chcesz? -zapytał podejrzliwym tonem lekko się uśmiechając. Aian nie był zbyt grzeczny, no ale taki już był.
-Jestem założycielem i dyrektorem szkoły dla płatnych zabójców. My Cię szkolimy, potem dajemy pierwsze zadanie, jeżeli dasz radę, następni się zgłoszą. Ale pamiętaj, to nie jest proste. - odpowiedział szybko mężczyzna, lecz Aian wciąż był pewny siebie.
-Proste to nie jest moje życie dziadku, nie wiesz co przeżyłem i nie wiesz kim jestem, a ja Cię nie znam.-odpowiedział chłopak lecz jego to nie mówił, żeby był w ochocie do rozmowy.
-Jesteś Aian Black, syn najlepszego w historii płatnego zabójcy Andy'ego. A ja jestem Fuimohakota, jego nauczyciel, który znał go bardzo dobrze. Nie wiem czy wiesz, ale miałeś do nas trafić, podobno masz moc jeszcze większą niż ojciec, choć jego moc była mało mu użyteczna. -odpowiedział starzec, co zainteresowało Aiana.
***
Po roku zakończył szkolenie i czekał tylko na Pana Fuimohakota, który da mu pierwszą misję oraz podarek, który dostaje każdy początkujący. Chłopak od początku szkolenia przywykł do broni krótkiej, ale oprócz tego chodził z dwoma mieczami samurajskimi na plecach, których używał do walki wręcz. Były ona tym bardziej przydatne, że radziły sobie dobrze przy przewadze rywala...

Charakter:Aian od małego był dość energicznym dzieciakiem z talentem do ładowania się w kłopoty. Może nie jest to cudowne dziecko, które zawsze jest grzeczne, ale nie należy też do demonów czy potworów z piekieł i innych czeluści zła. Jest zawsze zdecydowany, mało powiedziane, on najpierw działa, a potem myśli o ewentualnych nieprzyjemnościach i kłopotach z tym związanych. Nie należy do ludzi, na których odziałuje siła dominacji innych, a mówiąc prościej, nie boi się innych, a wręcz na odwrót. Nie przywykł do płaszczenia się przed kimś i przepraszania, dlatego ciężko nazwać go dobrym chłopakiem, lecz jego zachowanie, spontaniczność i przykuwający wygląd wzbudza podniecenie u płci przeciwnej. Niestety, chłopak nic sobie z tego nie robi, działa dla tego kto najwięcej zapłaci, a jego przyjaciółmi są pokemony, których traktuje inaczej. Można by go ocenić na drania i podłego dzieciaka, lecz warunki w jakich musiał się wychowywać zadziałały na niego tak a nie inaczej, a jego charakter nie raz ratował mu życie. Co można o nim jeszcze powiedzieć? Na pewno nie należy do osób, które troszczą się o innych, gdyż od małego musiał działać na własną kartę. A pomijając to, to co można się spodziewać po chłopaku, którego rodziców zabili najemnicy, a go gonili przez kilka lat życia? Jego jedynymi przyjaciółmi mogły być Pokemony, gdyż dopiero potem poznał ludzi jak on i zaczął zarabiać tak jak inni na bezwzględnym zabijaniu. Warto też dodać, że od małego wykazuje się umiejętnościami ponad przeciętnymi, jego organizm jest bardziej wytrzymały, a on potrafi kilka rzeczy, które nie są możliwe dla zwykłego człowieka. Między innymi potrafi czytać w myślach, przenosić pomniejsze przedmioty psychiką oraz całkowicie kontroluje jeden z żywiołów-wodę.
Cele:
~Pierwszym celem jest przeżyć, bo z tym może być ciężko.
~Kolejnym likwidować powoli płatnych bandytów którzy go gonią.
~Przeniknąć do najbardziej pilnowanego domu by zabić właściciela i samemu nie zginąć.
Ulubione Typy: Ogień, Woda, Mrok, Lot, Trawa, Duch.
Hejtowane Typy: Robak
Towarzysz: Brak ~
Przeciwnik: Pan Miram, chyba proste to było nie?
Zjawiska Paranormalne: Tak C:
Świat: Jak dla mnie nie musisz się trzymać konturów któregoś z Regionów. Możesz mieszać, tylko prosiłbym bez Kalos i Unova. A tak na prawdę nie muszą to być nawet istniejące miasta, może się coś pojawić co jakiś czas. Mówiąc inaczej możesz tworzyć własny świat. Śmiało.

DODATKOWE
Prośby do MG: Chyba Brak.
18+ - Nope.
Coś od siebie: Ciekawe walki, bo czytając historię sam zauważysz, że wątków i powodów do walk będziesz mieć sporo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Pią 18 Wrz 2015, 00:19

Okej Aian, no problemo, alkoholika bym do alkorodizny nie przyjął? :D Tylko czy dobrze widzę wiek 191? xD

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Tony Montana



Liczba postów : 6
Join date : 16/09/2015

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 12:15

Imię i Nazwisko: Antonio "Tony" Montana
Wiek: 27 lat
Link do KP: KLIK
Historia: Był ciepły wiosenny wieczór gdy rodzina Montanów powitała na świat swojego jak się później okazało przedostatniego potomka. Na świecie już hulała trójka starszych braci Antoniego gdy ten przyszedł na świat. Dwa lata później rodzina powiększyła się o ostatniego potomka - siostrę Dinę. Antonio dorastał i wychowywał się na wyspie Jokka aż do 18 roku życia. Ale nie to jest teraz najważniejsze. Przez swoje młodzieńcze lata wplątywał się w najróżniejsze kłopoty. A to kogoś pobił, a to wraz z młodzieńczym gangiem kogoś okradł, a to powybijał szyby komuś kto nadepnął mu na odcisk. Zawsze jednak tłumaczył to sobie, że robi to dla tego, by polepszyć status swojej rodziny. W tym czasie oczywiście uczęszczał do szkoły, ale jego wyniki nie były jakieś zadowalające. Tony wolał się skupiać raczej na tym co czekało go już po szkole. Gdy Antonio miał 13 lat w strzelaninie zginął jego ojciec, a każdy z jego braci kończą 18 lat był siłą zmuszany do wstąpienia do wojska dyktatora, który w ówczesnym czasie rządził wyspą. W tym czasie po wstąpieniu do wojska po dwójce z jego braci słuch zaginął. Kontakt utrzymywał tylko najstarszy. Wtedy rodzina Montanów popadła w przeogromną biedę. Tony wdawał się w coraz to gorsze towarzystwo, by jakoś zarobić na siebie i rodzinę. Jednak nieubłaganie zbliżał się ten wiek w którym zostałby siłą wcielony do armii. Nie chciał jednak skończyć jak bracia więc postanowił uciec...
Pod osłoną nocy zakradł się na kuter rybacki, który wypływał o świcie. Tam siedział pod osłoną nocy, aż do rana, gdy kuter był już na pełnym morzy. Używając wcześniej skradzionej broni zagroził, że wszystkich powystrzela jeśli nie zrobią tego czego chce. Zażądał, by rybacy podpłynęli jak najbliżej stałego lądu gdzie chciał się skryć po ucieczce ze swojego kraju. Sparaliżowani strachem rybacy zrobili oczywiście co chciał, a gdy był już dostatecznie blisko wyskoczył z łodzi i dopłynął do brzegu. Tam jednak dopadła go straż graniczna, które ulokowała go w obozie dla uchodźców i pewnie Tony byłby tam został sporą ilość czasu, gdyby nie poznał pewnego człowieka, o podobnej do niego historii. Ten miał dla niego pewną propozycję...
Mieli we dwójkę pozbyć się dla pewnego bogacza pozbyć pewnego uchodźcy. Widocznie zaszedł im za skórę. Tony wraz z nowo poznanym człowiekiem postanowili, że tego dokonają w odpowiednim czasie. Czekali i czekali, aż w obozie zaczęły się zamieszki. Wtedy też postanowili bezszelestnie za pomocą broni białej pozbyć się wskazanego człowieka. Śledzili go do czasu, aż wszedł do jednego z namiotów, by tam wbić mu nóż prosto w serce. Po wykonaniu zadania oczekiwali na swoją nagrodę. Słowny miliarder po kilku dniach wyciągnął ich z obozu, ale był jeden mankament. Musieli zacząć sobie radzić sami wykonując przy tym drobne robótki dla tego człowieka. Jak się potem okazało, był on jednym z dilerów kokainy na wschodnim wybrzeżu. Tony pracował w budce z jedzeniem, ale to mu nie wystarczało. Głośno wyrażał swoje niezadowolenie, a to zauważyli pracownicy dilera, którzy zlecili mu poważniejsze zadanie. Wraz z swoim znajomym i dwójka innych uchodźców postanowił je zrealizować. Podczas całego zadania zginął jeden z nich od piły motorowej. Tony też był blisko śmierci, ale uratował jego kolega zaniepokojony tym, że długo nie wracał. Po pogoni i strzelaninie udało im się odzyskać pieniądze i towar. Przez co wkupili się w łaski tego całego dilera. Od tego czasu wykonywali coraz różniejsze zadania dla niego w przestępczym półświatku i awansował w hierarchii. Dzięki pieniądzom zarobionym u boku narkotykowego bossa sprowadził matkę i siostrę do tego kraju. W końcu był już prawą ręką mafiosa. Montana zazdrościł mu jednak pozycji i jego pięknej żony, więc chciał zająć jego miejsce. Udaje mu się to gdy osłabiony mafiosa zostaje przez niego zabity. Wtedy to Montana zaczął rządzić narkotykowym imperium. Po kilku latach współpracy z kolumbijskimi eksporterami dochodzi jednak do kłótni. Główny dostawca narkotyków imperium Montany wysłał swojego zabójcę, by ten wraz z Tony'm zajął się pewnym politykiem. Płatny zabójca nie uwzględnił jednak w planie jednego, że Montana mimo zbrodniczej przeszłości nie zabijał niewinnych kobiet i dzieci, które padłyby ofiarą w szaleńczym planie wysadzenia wozu z politykiem, który był celem Sosy. Montana zabił zabójcę i nie wykonał zadani więc Sosa dotychczasowy przyjaciel nasłał na niego swoje hordy wojska. Te sforsowały jego willę na wschodnim wybrzeżu i zniszczyły prawie wszystko. Zabiły całą ochronę, obsługę i prawie Montanę. Był ranny, stracił mnóstwo krwi, ale udało mu się uciec tylnym wyjściem...
Miesiące gojenia ran mijały. Musiał żyć na uboczu. Całe wybrzeże, a może i krainę obiegły plotki, zę boss narkotykowy Tony Montana nie żyje. Nie żyje według nich. Tony jednak żył. Z dnia na dzień czuł się coraz lepiej i poprzysiągł zemstę. W czasie gdy musiał żyć na uboczu ujrzał pewnego ciekawskiego pokemona. Mimo, że Tony początkowo odpychał go od siebie, a nawet mierzył do niego z pistoletu to jednak pokemon nie odpuszczał. Przyniósł mu nawet pewne rośliny, które miały uśmierzyć mu ból. Tony od tego czasu potraktował go jako swego kompana i wymyślił, że rola trenera pokemon może być nawet niezłą przykrywką w jego planie zemsty. Połączył więc siły z Cacneę i po kilku miesiącach wrócił do pełni zdrowia. Założył duże okulary przeciwsłoneczne i wraz pokemonem wyruszył w świat, by zbierać informację na temat jego niedoszłego zabójcy i innym mu podobnym, którzy chcieli go zdetronizować. Nic nie przeszkodzi Montanie w powrocie na szczyt tronu narkotykowego.
Charakter: Tony to klasyczny skurwiel. Za nic mu reguły i prawa. Odnosi się prawie do wszystkich z pogardą. Ma jednak swoje zasady nie zabija niewinnych, a zwłaszcza kobiet i dzieci. Gdy coś robi to głównie dla pieniędzy i luksusów. W dupie ma słowa innych grunt, żeby hajs się zgadzał. Co by Ci tu jeszcze. Oglądałeś Scarface'a?
Cel: Zemścić się na Sosie, Wrócić na szczyt przemysłu narkotykowego, Dopilnować by siostra z matką godnie żyły, Wygrać ligę, bo Tony jak się za coś bierze to musi być na szczycie XD
Ulubione Typy: Trawa, Ogień, Smok, Mrok, Woda, Kamień
Hejtowane Typy: Wróżkę hejtuję w ch*j
Towarzysz: brak
Przeciwnik: Wszyscy z innych gangów są jego wrogami.
Zjawiska Paranormalne: Nie
Świat: Dajesz od siebie

DODATKOWE
Prośby do MG: Chyba nie
18+ - Jak dasz radę w to wciągnąć to spoko XD
Coś od siebie: Chyba też nie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shiny

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 17/09/2015
Wiek : 20
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 13:32

Imię i Nazwisko: Alexander Evans
Wiek: 14 lat
Link do KP: [ur=http://pokewish.forumpl.net/t66-alexander-evans]KLIK[/url]
Historia: Nazywam się Alexander Evans. Urodziłem się dwudziestego szóstego kwietnia, dokładnie czternaście lat temu. W dniu narodzin trafiłem do sierocińca wraz ze starszym bratem. W gruncie rzeczy nie był to typowy ośrodek opiekuńczy, choć na samym początku działalności wszystko na to wskazywało. Oczywistą rzeczą jest fakt, że niewiele z tamtego okresu pamiętam. Jednak dzień odkrycia tajemnicy, którą skrywał ten nielegalnie założony ośrodek na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Do szóstego roku życia wszystkie dzieci traktowano tam normalnie, zapewniano im doskonałą opiekę, nigdy nie chodziły głodne. Nieskromnie przyznam, że byłem całkiem inteligentnym chłopcem i mimo przeżycia niespełna trzech wiosen, wiedziałem, że z moim bratem dzieje się coś dziwnego. Blizny na ciele, wiecznie podkrążone oczy i nagła zmiana charakteru u jedynej bliskiej osoby wywoływały u mnie zaniepokojenie. Byłem natrętnie dociekliwy i za wszelką cenę próbowałem dowiedzieć się co jest nie tak. Richard, gdyż tak brzmiało imię brata, strasznie się denerwował gdy go o to pytałem. Chociaż zawsze się o mnie troszczył, w takich chwilach krzyczał na mnie, a czasem nawet uderzał. Zamykał się często w łazience i płakał. Gdy zrozumiałem, że moje natręctwo wywołuje u niego jeszcze gorszy humor, przestałem pytać.
Gdy byłem już trochę starszym chłopcem, a mianowicie miałem wtedy prawie sześć lat, postanowiłem sprawdzić co robił mój brat, kiedy mnie przy nim nie było. Każdego dnia Rick wstawał bardzo wcześnie i znikał na prawie cały dzień. Pewnego dnia przypadkowo obudziłem się, gdy ten zamykał za sobą drzwi. Dziecięca ciekawość tknęła mnie do tego, bym zdecydował się na śledzenie go. Nawet nie przebrałem się w strój codzienny, tylko od razu za nim ruszyłem. Zaczaiłem się przy balustradzie schodowej i wówczas zauważyłem grupkę dzieci ze zrzedłymi minami, ustawioną w szeregu. Gdy brat zbliżył się do nich, jakiś starszy mężczyzna złapał go za kołnierz i rzucił na gromadkę dzieci, krzycząc, że znowu się spóźnił i za karę będzie pracował godzinę dłużej. Zacisnąłem nerwowo pięści, widząc jak Rick z trudem próbował się podnieść i gdy już mu się to udało został kopnięty przez tego samego tyrana w brzuch. Jedno z dzieci schyliło się do Ricka i postanowiło mu pomóc wstać, ale mężczyzna skarcił go słownie i rozkazał zostawić tego "bezużytecznego gówniarza" w spokoju. Łzy napływały mi do oczu i czułem się beznadziejnie bezradny. Chciałem rzucić się na pomoc jedynemu członkowi rodziny, w którym mimo wszystko miałem największego przyjaciela. Nagle poczułem dotyk na ramieniu. Zadrżałem wtedy i pisnąłem cicho, ale za chwilę na moich ustach spoczęła dłoń ludzka i stłumiła hałas. Zostałem odciągnięty do pokoju znajdującego się za moimi plecami.
- Uspokój się - usłyszałem, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. Odwróciłem głowę i zobaczyłem jasnowłosą dziewczynę. - Nie płacz. To niedługo się skończy...
Przytuliła mnie do siebie. W tym momencie nie wytrzymałem i nadmiar emocji sprawił, że po mych policzkach pociekł strumień łez.
Jasnowłosa wyjaśniła mi wszystko. Byłem bardzo wrażliwym dzieckiem, a opowieść, którą mi słownie przekazywała, była dla mnie zbyt bolesna. Usta drżały, łzy z każdą to coraz gorszą informacją napływały mi do oczu, dłonie mimowolnie zaciskały się w pięści. Sierociniec skrywał potworną tajemnicę. Wszystkich chłopców w dniu ukończenia szóstego roku życia wykorzystywano do pracy. W zależności od wieku i siły przyzwano im odpowiednie stanowiska. Jedni pracowali w fabryce, drudzy ciężko harowali na polu, najstarsi zaś pracowali w kopalni. Ci, którzy byli wyjątkowo słabi, przewlekle chorzy lub nieposłuszni, mieli za zadanie żebrać na ulicach. Najgorszy był fakt, że aby wzmocnić ich skuteczność wypalano im oczy. Ludzie na ogół są skłonni pomagać dzieciom, a widok niewidomych z pewnością chwytał ich za serca. Dziewczyn nie wykorzystywano do pracy. Jasnowłosa, której imię brzmiało Rose, powiedziała mi, że mieli co do nich inne plany, które mogli zrealizować dopiero po osiągnięciu przez nie nastoletniego wieku. Nie chciała mi powiedzieć jakie. Dobrze, że tego nie zrobiła. Moje młodociane serce nie zniosłoby kolejnych tragicznych informacji.
Długo milczałem. Szybko do mnie dotarło, że starsza koleżanka podzieliła się ze prawdą nie bez powodu. No tak, za niecały miesiąc miałem mieć urodziny. Szóste urodziny. Uniosłem nieśmiało głowę i zapytałem:
- Co mam teraz zrobić?
- Wkrótce się dowiesz.
Rose podeszła do okna i stanęła do mnie plecami. Usłyszałem, że cicho płacze. Dało mi to do zrozumienia, że powinienem już ją opuścić, więc wstałem i z męczącym natłokiem myśli wybiegłem z pokoju. Ciekawość kazała zerknąć na miejsce, gdzie rano odbyło się tu nieciekawe przedstawienie. Jednak na sali nie było już nikogo.

Rick wrócił następnego dnia. Był cały blady, miał podkrążone oczy i liczne świeże rany na ciele. Pierwszy raz zobaczyłem go w tak tragicznym stanie. Chciałem coś powiedzieć, ale odjęło mi mowę. Chłopak uśmiechnął się do mnie smutno i położył się na łóżku.
Kilka dni później Richard obudził mnie w nocy. Pierwszy raz zobaczyłem go tak podekscytowanego. Na jego twarzy malował się tajemniczy uśmiech. Powiedział mi stanowczym głosem, że za pół godziny ma mnie tu nie być. Po prostu. Mam opuścić budynek i uciec jak najdalej stąd. Nie wiedziałem o co mu chodzi. Niedbale dobierał słowa, gadał jak oszalały, ale był radosny. Złapał mnie za rękę i zaciągnął do pokoju najmłodszej grupy, w której znajdowało się małe okienko bez krat. Zbił szybę i kazał nam wszystkim po kolei wychodzić. Dotarło do mnie, że planował ucieczkę, jednak wcale mi się to nie podobało. Krzyczałem na niego. Mówiłem, że złapią nas i będziemy mieli przechlapane. Rick w ogóle mnie nie słuchał. Uśmiechał się głupio, co mnie zdenerwowało. Uderzyłem go w twarz. W normalnej sytuacji wkurzyłby się na mnie i oddałby dwa razy mocniej, tym razem jednak tylko otworzył szerzej oczy i uśmiechnął się pobłażliwie. Wówczas tajemnicza jasnowłosa, Rose, która również znajdowała się w pomieszczeniu podeszła do mnie, przejechała mi ręką po bujnej czuprynie i uśmiechnęła się. Zarumieniłem się wtedy, gdyż była to naprawdę piękna dziewczyna. Powiedziała mi, żebym zaufał bratu, że teraz wszystko się ułoży, że za parę dni z powrotem się zobaczymy. To ostatnie chyba najbardziej mnie przekonało. Kiwnąłem głową i jako ostatni opuściłem pomieszczenie. Rick został sam wraz z Rose.

Tak jak mi poradził Richard, uciekłem do lasu. Dzieci z sierocińca trzymały się w kilkuosobowych grupkach, tylko ja szedłem sam. Po pierwsze, uważałem to za lepsze rozwiązanie, gdyż jedna osoba nie rzucała się w oczy tak bardzo jak gromadka, a po drugie nie miałem odwagi zagadać do kogokolwiek. Odszedłem na bezpieczną odległość od sierocińca i zaszyłem się na jakimś drzewie, coby mieć dobry widok na budynek. Przeczuwałem, że lada chwila rozpocznie się obława na uciekinierów. Oparłem się głową o gałąź i tak czekałem...
Zasnąłem.
Nie wiem jakim cudem moje ciało zapragnęło odpoczynku na tak dużej wysokości, ale o dziwo nie spadłem. Więcej szczęścia niż rozumu. Już miałem zejść z drzewa, kiedy poczułem zapach dymu. Rozejrzałem się po okolicy.
- Gdzieś się pali ognisko? - pomyślałem.
Zaraz, zaraz...
Przeniosłem wzrok i zobaczyłem ogień wynurzający się z oczodołów okien sierocińca. Przez chwilę nie mogłem w to uwierzyć. Pomyślałem sobie, że nadal śnię, jednak to działo się naprawdę. W budynku wybuchł pożar.
Bracie, co ty najlepszego zrobiłeś?
Szybko zlazłem z drzewa, trochę przeceniając swoje akrobatyczne zdolności, bowiem zeskoczyłem ze zbyt dużej wysokości. Poczułem ból przeszywający prawą nogę, jednak tylko zacisnąłem zęby i bez zastanowienia pobiegłem w stronę sierocińca. Domyśliłem się od razu, że pożar został wywołany przez Ricka i Rose, ale nie byłem pewny, czy celowo, czy przez przypadek i czy udało im się uciec. Bałem się, że zostali w środku.
Podbiegłem pod drzwi budynku i bezmyślnie chciałem wparować do środka, jednak będący w pobliżu strażacy natychmiast mnie stamtąd odciągnęli. Pilnowali mnie do czasu zakończenia akcji. Okazało się, że w środku budynku zostali wszyscy dorośli, z czego przeżył tylko jeden mężczyzna, zaś jego stan był bardzo ciężki. Żadne dziecko nie zginęło.

Oczywistą sprawą jest fakt, że ludzie domyślili się, że pożar został wywołany za pośrednictwem sierot. Próbowali ode mnie wyciągnąć jakieś informacje, gdyż byłem pierwszym odnalezionym świadkiem i przez chwilę również pierwszym podejrzanym. Szybko uznali, że przeżyłem zbyt dużą traumę i dali mi spokój. Ucieszyło mnie to, bo kłamca ze mnie kiepski i bałem się, że w końcu wygadam im kto stoi za wywołaniem pożaru. Szczęście nie trwało długo. Chciałem wyruszyć w podróż, by odnaleźć mego brata i koleżankę, ale miałem tylko sześć lat. Trafiłem do prawdziwego sierocińca, gdzie nie traktuje się dzieci jak tanią siłę roboczą, tylko jak normalnych młodych ludzi. Ale nie pocieszyło mnie to ani trochę. Tęskniłem za bratem, chciałem wiedzieć co się z nim teraz dzieje.
W sierocińcu spędziłem tylko parę miesięcy. Szybko znalazł się człowiek, który postanowił mnie zaadoptować. Był to starszy, ciepły człowiek, o imieniu James. Szybko zdobył moje zaufanie i otworzyłem się przed nim. Opowiedziałem mu historię swojego przykrego życia. Powiedziałem mu nawet o tym, kto wywołał pożar w sierocińcu i że chciałbym odnaleźć swojego brata. Wysłuchał mnie uważnie i przysiągł, że nikomu o tym nie powie.

U pana Jamesa żyłem po dzień dzisiejszy. Starzec był kiedyś wielkim trenerem Pokemonów i postanowił zarazić mnie swoją pasją. Wiedząc, że marzy mi się w przyszłości wielka podróż po świecie postanowił nauczyć mnie żyć w zgodzie z pokemonami. W dodatku odkrył u mnie dziwny dar umiejętności porozumiewania się z pokemonami za pomocą telepatii, która pojawiała się wtedy, gdy więź między mną a pokemonem była wystarczająco duża. Podarował mi wówczas jajo pokemona, którym opiekowałem się jak najlepiej mogłem. Gdy wykluł się Shinx, od razu potrafiłem się z nim porozumiewać. Wówczas zadecydowałem, że będzie on moim pierwszym pokemonowym kompanem.
Nauka bycia trenerem sprawiała mi wiele radości i zajmowała większą część czasu, jednak nie potrafiłem całkowicie zatrzeć śladów przeszłości. Nie było dnia, podczas którego nie pomyślałbym o Ricku i Rose.

Dziś, w moje czternaste urodziny, wyruszam w wielką podróż.
Uśmiecham się sam do siebie, wspominając stare, niekoniecznie dobre czasy.
- Chodź, Shinx. Dziś zaczynamy nowy rozdział w życiu.
Charakter: x jest inteligentnym, samodzielnym chłopcem, który zaraził się fascynacją pokemonami od przyszywanego dziadka. Niegdyś płaczliwy, tajemniczy, nieufny ludziom, zaś po opuszczeniu sierocińca i wychowywaniu się w zupełnie innych, cywilizowanych warunkach - pogodny, skory do zawierania nowych znajomości dzieciak. Zawsze chętnie pomaga innym ludziom, gdyż sam przeżył wiele złych rzeczy i stał się wrażliwy na wszelką ludzką krzywdę.
Cel: - zwiedzenie całego regionu Hoenn, a następnie reszty świata,
- odnalezienie Ricka i Rose
Ulubione Typy: Woda, elektryczność, lot
Hejtowane Typy: Robak
Towarzysz: brak
Przeciwnik: brak
Zjawiska Paranormalne: Tak
Świat: Hoenn + coś od siebie

DODATKOWE
Prośby do MG: -
18+ - Tak
Coś od siebie: -

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 18:09

Tony - Spoko, kojarzę scarface'a więc easy
Shiny - Cóż, nie będę się oszukiwał. Nie jestem jakimś uper duper MG a cóż, podejrzewam że byś była/był wymagająca/wymagający. Jeśli to na 100% pewne to daj znać tutaj bo nie chce w razie czegoś prowadzić przygody która byłą by dla kogoś, bo ja wiem? Denna

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shiny

avatar

Liczba postów : 13
Join date : 17/09/2015
Wiek : 20
Skąd : Warszawa

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 18:11

Spoko, też nie chcę jakiejś super wymagającej przygody. For fun i tyle ^^

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 19:06

K to dziś tak nie wiem mniej więcej o której zrobię grę, muszę sobie to wstępnie zaplanować

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kondar



Liczba postów : 6
Join date : 18/09/2015
Wiek : 23
Skąd : Poznań

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 20:20

Imię i Nazwisko:Michael "Dusk" Anders
Wiek: 27
Link do KP:Skoro trzeba...
Historia:
Drzwi otwierają się. Do środka wpada wpada światło z korytarza, które ujawnia unoszący się w powietrzu kurz. Tuż za nim pojawia się cień jakiejś postaci. Ktoś wchodzi do środka. Osoba ta ubrana jest w strój moro z czarną kamizelką. W rękach trzyma pokaźnych rozmiarów torbę, którą zostawia przy drzwiach. Obmacawszy się po kieszeniach kamizelki wyciąga z jednej z nich małą latarkę. Podchodzi do dużej szafy stojącej po lewo do wejścia. Półki były oznaczone alfabetycznie, a przynajmniej kiedyś tak było. Teraz brakuje co niektórych oznaczeń. Zatrzymał światło latarki na "M" i przetarł palcami delikatnie kartkę w owym oznaczeniem. Symbol lekko się roztarł. Powoli wysunął półkę. Zobaczył tam ciasno ułożone teczki, również posegregowane alfabetycznie. W pomieszczeniu panuje półmrok, jedyne światło, które wpada do pomieszczenia pochodzi z otwartych drzwi. Smuga światła padająca z drzwi lekko oświetla ścianę pokazując tam już prawie całkowicie starty napis. Mimo to da się go jeszcze rozczytać. Było tam tam napisane: "Archiwum". W powietrzu unosi się kurz oraz zapach starego papieru. W rogu pomieszczenia widać jedynie zarys starego komputera, który pewnie nie działa już od wieków. Panuje niezwykła cisza. Słychać jedynie cichy oddech i szelest odginających się kartek papieru. Palec mężczyzny zatrzymał się w pewnym momencie.
- Jest... - powiedział zachrypniętym głosem. Wyciągnął teczkę i poświecił na nią swoją latarką. Papier, z którego była wykonana był w trochę lepszym stanie niż reszta. Widać było jednak, że trochę już przeszła. Człowiek chwycił latarkę w zęby i otworzył teczkę. Kiedy tylko to zrobił na ziemię spadło zdjęcie. Natychmiast się po nie schylił. Przedstawiało chłopca w wieku na oko może 15-16 lat. Na odwrocie widniała data "3 stycznia 2003". Zgniótł je i rzucił w kąt po czym zabrał się za przeglądanie reszty papierów. Na pierwszej stronie znalazł częściowe dane osobowe. Dużo danych nie dało się rozczytać ale to co znalazł w zupełności mu wystarczyło. Oparł się o ścianę i zagłębił się w lekturze.

"Obiekt badawczy: kryptonim Dusk

Dzień 1: Imię: Micheal, Wiek:21
W końcu wypatrzyłem kogoś kto może się nadawać. Kapral Michael [rozmazane]. Jest członkiem jednostki specjalnej. Mimo tak młodego wieku już od czterech lat służy w armii. Wcześniej z tego co udało mi się przeczytać był najemnikiem . Pracował w tym fachu ze swoim ojcem już od dwunastego roku życia. W 2005 roku został z rekrutowany do wojska, miał wtedy 17 lat. Jeden z najbardziej obiecujących rekrutów. W wieku zaledwie 19 lat został członkiem sił specjalnych. Chyba pora zająć się jego przeniesieniem.

Dzień 2: Wiek: 21
Udało mi się przenieść pana Michael'a do sekcji badawczej. Wytłumaczyłem mu już wszystko. Wygląda na to, że się zgodził. Dobrze, teraz trzeba przeprowadzić wszystkie badania. Może to potrwać parę dni, tak więc biorę się do pracy.

Dzień 9: Wiek: 21
Już po wszystkich badaniach. Nikt dotąd nie miał tak dobrych wyników. Jest całkowicie kompatybilny. Absol ma dotrzeć za parę dni, do tego czasu pora poddać go paru testom fizycznym.

Dzień 15: Wiek: 21
Absol właśnie dotarł do laboratorium. Jeśli chodzi o kaprala to jego testy wypadły lepiej niż się spodziewałem. Ale tego mogłem się spodziewać po siłach specjalnych. Pora zacząć prawdziwą pracę. Mam zaledwie kilka lat by połączyć pokemona z człowiekiem.

Dzień 297: Wiek: 21
Idzie to wolniej niż myślałem, przynajmniej mam już dobrego kandydata. Jak na razie żadnych komplikacji.

Dzień 473: Wiek: 22
Zaczynam wątpić czy to w ogóle możliwe. Włożyłem w to tyle pracy, a efekty są praktycznie niezauważalne. Co zrobiłem źle? Chyba trzeba zabrać się za to jeszcze raz i znaleźć błąd. Kończy mi się czas.

Dzień: 592: Wiek: 22
Dobra, coś zaczyna się udawać. Doszedłem do wniosku, że [jakiś naukowy bełkot]. Tak więc udało się nam zmodyfikować nieznacznie mózg kaprala. Powinien on teraz być w stanie porozumiewać się Absolem. Coś jak telepatia. Dowiemy się tego kiedy tylko kapral się obudzi.

Dzień: 955 Wiek: 23
Ostatni dzień projektu. Niestety, nie zdążyłem dokończyć wszystkiego. Skończył mi się czas, warunki umowy z rządem przestały obowiązywać muszę się spakować zostawiając wszystkie swoje odkrycia. Podsumowując, udało mi się sprawić, że człowiek komunikuje się z pokemonem jak z innymi ludźmi oraz zwiększyć jego regenerację. Pora kończyć..."

Projekt "Dusk" zakończony.


Dalej były już tylko spisane przez samego Michael'a raporty z misji i tak dalej. Wynikało z tego tyle, że po "nieudanym" eksperymencie Kapral wrócił do sił specjalnych i robił swoje jak przedtem.  Dwa lata później zdobył rangę podoficera. Mężczyzna dotarł do ostatniej kartki. Był to tak jak reszta raport z misji. Tyle, że tym razem sporządzony przez kogoś innego:

"Misja: 03.11.2013 - Polowanie.
Region: ???
Broń: SCAR
Transport: MRAP,
Wsparcie: Oddział medyczny, bombardowanie powietrzne

Uznano, że misja zakończyła się powodzeniem. Wyznaczone zadania zostały w większości zrealizowane:
- informator odpity
- zlokalizowano położenie laboratorium
- laboratorium zostało zniszczone

Straty własne:
1. Podoficer Michael - zginął w bombardowaniu laboratorium, uznany za zdrajcę.
2. Dwóch kaprali - zostali postrzeleni podczas ataku na laboratorium po czym zginęli w bombardowaniu

Raport dowódcy Misji:

Mieliśmy dwa główne zadania. Pierwszym zajęła się trzy osobowa grupa, dowodzona przez oficera Carlosa, która miała odpić informatora z obozu najemników stacjonujących w pobliżu. Udało się to po cichu i bez strat. Po przechwyceniu celu oddział udał się na przygotowane wcześniej miejsce i poinformował drugą grupę o położeniu drugiego celu.

Drugim zadaniem zajmowała się pięciu osobowa, którą dowodził podoficer Micheal. Ich zadaniem było wpaść do laboratorium i zakończyć nielegalne eksperymenty na ludziach. Grupa zgodnie z planem wkroczyła do budynku. Na miejscu dowódca oddziału według relacji światków wpadł w szał i postrzelił dwóch swoich ludzi. Niestety byliśmy zmuszeni wykonać nalot i doszczętnie zniszczyć cały budynek. Zakończenie eksperymentów było ważniejsze od życia kilku komandosów. Ocalało dwóch żołnierzy, którzy potwierdzili, że wewnątrz znajdował się poszukiwany doktor. Uznane zostało, że szał podoficera wywołało to, że był on związany w doktorem w latach 2009-2012 poprzez niejaki projekt "Dusk". Kilku ciał nie odnaleziono, niemniej jednak uznani są oni za martwych."

Mężczyzna zamyka teczkę i rzuca ją gdzieś na ziemię. Cały czas milcząc  wyciąga latarkę z ust. Otwiera leżącą przy drzwiach torbę. W środku było tylko coś zawinięte w brudną szmatkę. Wyciągnął to delikatnie i odwija materiał. Wewnątrz były trzy pokaźne bomby. Pośpiesznie rozmieścił dwie z nich w środku i jedną na zewnątrz przy drzwiach. Zostawiając torbę i latarkę udał się do wyjścia z budynku. Za zewnątrz siedział Absol. Podniósł głowę jak tylko mężczyzna wyszedł.
- Uratowałeś mnie wtedy w laboratorium. Za 30 minut nie będzie po mnie śladu. Lost... chodź. Trzeba znaleźć doktorka. - odpalił papierosa i odszedł. Absol ruszył za nim, hałasując nieśmiertelnikiem właściciela obwiązanym wokół nogi.

Michael
Anders
AB Rh+
Projekt
DUSK "

Charakter:
Od wczesnych lat musiał radzić sobie w trudnych sytuacjach. Od dziecka czas spędzał w niebezpiecznych sytuacjach, najpierw jako najemnik a później jako żołnierz. Nie boi się ryzykować jeżeli ma to szanse przybliżyć jego cel. Przeważnie nie jest zbyt rozmowy. Są dwie rzeczy, których nauczyło go wojsko. Po pierwsze poleganie na swoim parterze a po drugie zachowanie zimnej krwi nawet w sytuacjach kryzysowych. Po tym, jak został zdradzony przez swoich ludzi i wrobiony jest przewrażliwiony na tym punkcie. Nigdy nikomu do końca nie ufa, no... z wyjątkiem Absola.

Cel:
Znaleźć doktora, który do teraz prowadzi nielegalne eksperymenty próbując połączyć człowieka z pokemonem i może odnaleźć ojca
Ulubione Typy: nie mam
Hejtowane Typy: nie mam
Towarzysz: może w przyszłości
Przeciwnik: to samo co wyżej
Zjawiska Paranormalne: Tak
Świat: obojętnie

DODATKOWE
Prośby do MG: Chyba nie, zdaję się na Ciebie c:
18+ - Yup
Coś od siebie: Raczej nie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dante Aligieri

avatar

Liczba postów : 74
Join date : 15/09/2015
Wiek : 24
Skąd : Koening ;p

PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   Nie 20 Wrz 2015, 20:26

Okej, to Mam już Full Ale w razie czego zawsze moge kogoś przytulić bonusowo xD

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron   

Powrót do góry Go down
 
Kancelaria Siedziby Inkwizycji w Hez-Hezron
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pokemon Wish :: Strefa PBF :: Mistrzowie Rozgrywek :: MG Dante Aligieri-
Skocz do: